Allen Ginsberg

Allen Ginsberg

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozmowa z Grzegorzem Musiałem (część 3)

Jaki wiersz Ginsberga Pan sobie ceni najbardziej?

„Do Vachela Lindsaya”, on brzmi we mnie przez całe życie. Cokolwiek robię, czy jadę samochodem czy spaceruję, zawsze ten wiersz do mnie wraca. Ta niesamowita samotność, taka spokojna. Tam się spotyka Amerykę, którą kocham, bo jest jeszcze Ameryka, której nienawidzę, np. w „Kwasie lizergowym”. Ale nie trzeba o tym mówić, bo jak człowiek o tym mówi to wtedy to nobilituje, karą dla tego śmiecia jest to, że się o tym nie mówi.  I niektóre fragmenty „Kadyszu” są wielkie.

W szkicu, drukowanym w Miesięczniku Literackim, Bogusław Jasiński pisał o poezji Ginsberga, że „w manifestach i deklaratywnych wierszach Ginsberga nie zostało dziś nic, prócz wątpliwej jakości filozofii podbrzusza” i „świat Ginsberga rozciąga się pomiędzy pępkiem a kolanami”.

To żałosne. Kim jest niejaki Jasiński, a kim jest Ginsberg. Trzeba pamiętać, że był w Polsce okres, kiedy wychodziły różne piśmidła, typu „Tak i Nie”. Tam się ukazało coś o mojej książce debiutanckiej, gdy byłem uważany za wroga numer jeden, bo byłem pierwszym w Polsce pisarzem otwarcie gejowskim. Wydawałem wtedy swe książki z potrzeby wolności, dzięki poparciu paru mądrych i szlachetnych ludzi, nie będących gejami, jak profesor Błoński czy Jan Józef Szczepański. Więc ataki na mnie były, poniekąd, atakami na nich. To jest właśnie polityka w literaturze, rzeczy plugawe, głupie i niepotrzebne. Coś z tej serii musiało być w tej recenzji, o której Pan mówi, zwłaszcza że takie to jest ordynarne i napastliwe, zaś  tego człowieka nikt nie pamięta.

W 1997 roku w kilka dni po śmierci Ginsberga w radiowej Trójce miało miejsce słuchowisko jemu poświęcone, gośćmi zaproszonymi byli Bronisław Maj, Jerzy Illg i Adam Szostkiewicz. I Szostkiewicz powiedział, że Ginsberg, był kłopotliwy zarówno dla władzy amerykańskiej, jaki polskiej. Polska władza chciała go przedstawić jako poetę buntującego się przeciwko Ameryce, ale nie jako poetę-geja i komunistę.

Oczywiście, kolejne głupstwo. Jaki on komunista! On przez komunistów był wywalony z Pragi. Dla mnie to głupie gadanie o nim jest zwycięstwem Ginsberga i zwycięstwem poezji jako takiej, nawet tak złożonej i niejednolitej jak jego, nad tym wszystkim, co telewizyjni czy inni mędrcy próbują o nim powiedzieć. Nawet nie wiem, czy to było przez niego do końca uświadomione, ale od pierwszej chwili widziałem w nim osobowość fascynującą, która wymyka się łatwej klasyfikacji. Tego mi brakowało u Miłosza, bo on był ze spiżu, czy taki pragnął być; jednowymiarowy, sam siebie kreował na monument i na własne życzenie stał się monumentem. Nawet wiem, jak obawiał się tego, co się z jego wizerunkiem po śmierci stanie. A mnie taka monokultura nudzi. Natomiast Ginsberg był fascynujący przez swoją zmienność. Był Żydem i buddystą, był gejem i był tak uroczy i uprzejmy, zwłaszcza dla kobiet był niesłychanie uprzejmy. Zaprzeczał swoim wychowaniem wszelkim głupim stereotypom o „poecie przeklętym” Nie wiem, czy obraził kiedyś kogokolwiek, chyba że oczywistego chama lub głupca. W Starej Prochowni, kiedy podpisywał książki, jeszcze przed spektaklem, kłębił się wokół niego tłumek, i ktoś siedział na krześle, a jakaś kobieta stała. Więc on przerwał podpisywanie i mówi mu, żeby odstąpił jej swoje krzesło, bo Allen jest zajęty podpisywaniem. Ten go nie zrozumiał, więc Allen wstał, wziął jakieś wolne krzesło spod ściany i przyniósł tej kobiecie. W tym była naturalność, ani grama pozy. Zaraz znów się zabrał za podpisywanie, co więcej, zanim podpisał, pytał uprzejmie o nazwisko, chciał komuś pozostawić autentyczny ślad swojej obecności w jego życiu. Był człowiekiem o wielkiej kulturze. Jak ja czasem widzę na wieczorach autorskich tych zakompleksionych pijanych polskich poetów o fatalnych manierach, którzy myślą, że obrażenie kogoś jest sposobem zamanifestowania swojego geniuszu, to myślę, że już więcej na takie spotkanie nie przyjdę. I z wdzięcznością wspominam tych kilku poetów spotkanych w moim życiu, którzy byli ludźmi bardzo dobrze wychowanymi i nigdy nikogo swoim zachowaniem nie zranili. Bo dobrze znali ból zranienia.
John Ashbery od razu mnie przyjął, kiedy do niego zadzwoniłem w Nowym Jorku. Idąc Madison Avenue, zadzwoniłem, że jestem obok, a on zaraz zaprosił mnie do swego domu. Powiedział, że ma flaszkę whisky i przegadaliśmy pół nocy, mimo że go wcześniej nie w ogóle znałem. Powiedziałem, że jestem na stypendium w Iowa i tylko przejazdem w Nowym Jorku, a on od razu mnie przyjął. Powiedziałem, że jestem kolegą jego polskiego tłumacza Piotra Sommera i że chciałbym z nim się spotkać i porozmawiać, bo też chcę wstawić do swej antologii parę jego wierszy. Wiem, że wtedy była „na Polskę” szczególna koniunktura. Wciąż jeszcze dla tamtego pokolenia Amerykanów, do których Ashbery należy, symbolizowaliśmy naród walczący krwawo „o wolność i demokrację”, a to na Amerykanów działa – przynajmniej wtedy. Niemniej, czasem porównuję to z „kapłańskimi” postawami niektórych polskich wieszczy. 


W jaki sposób John Ashbery odnosił się do Allena Ginsberga?

Nie mówił w ogóle o nim. Nie lubili się. Ashbery miał coś, czego nie miał Ginsberg, to był zupełnie inny typ obrazowania, eliotowski, natomiast Ginsberg jest whitmanowski. Ashbery jest dość akademicki, a Ginsberg awangardowy. Kiedy ja robiłem tę swoją antologię, to Allen nie chciał mi napisać wstępu tylko z jednego powodu – że umieściłem tam tylu poetów, a pominąłem Kerouaca. Nie mieściło mu się w głowie, jak można zrobić antologię XX wiecznej poezji amerykańskiej bez Kerouaca. Powiedział mi, żebym zrobił inną antologię to mi wtedy napisze wstęp. Niestety nie zdążył, bo zmarł. A ja nie chciałem mu mówić, jak rzadko na uniwersytecie, na którym pracowałem nad antologią, w ogóle wymieniano nazwisko Ginsberga. Jaką niechęcią był otoczony przez środowiska akademickie i w ilu amerykańskich antologiach, z których w pracy swej korzystałem, było mnóstwo poetów, nawet trzeciorzędnych, a Ginsberga brakowało.
Bitnicy, ale też inne środowiska poetyckie w Ameryce, mają – czy mieli wówczas - bardzo silną świadomość i tożsamość pokoleniową. Każdy taki krąg – czy to wokół Ashbery’ego, czy Roberta Bly’a, czy poeci Zachodniego Wybrzeża – tworzą coś na wzór rodziny. Oni się kochali, popierali, rozumieli się w mgnieniu oka, w tym sprzeciwie wobec tego, czym była Ameryka w latach pięćdziesiątych, która wyszła z wojny, ta Ameryka Doris Day. Oni nienawidzili Ameryki białych domków i różowych sypialń, i gdyby nie oni, to  Ameryka może by osiągnęła swój American Dream – ale oni, i nie tylko oni, ale bitnicy i im współcześni poeci, pisarze Ameryki -  rozwalili kopniakami ten lukrowany domek dla lalek w którym nie wolno było kręcić filmów o Buchenwaldzie i okropieństwach europejskiej wojny, aby Amerykanom przypadkiem nie zaburzyć snu w tym powojennym ziemskim raju. To jest jeszcze jedna amerykańska hipokryzja – bo o wojnie po 1945 r. Ameryka chciała zapomnieć, oni, pomimo swoich straszliwych przeżyć nad Hamburgiem, Warszawą, w Dreźnie czy na Południowym Pacyfiku - nie chcieli o niej mówić. Filmowcy pokazywali Amerykę szczęśliwą i tak się narodziła Ameryka białych telefonów. A Ginsberg i inni nienawidzili z kolei tego.