Allen Ginsberg

Allen Ginsberg

środa, 5 sierpnia 2015

Rozmowa z Grzegorzem Musiałem (część 5 - ostatnia)

Ale w latach osiemdziesiątych, czy nawet dziewięćdziesiątych, Ginsberg był chyba bardziej widoczny w Polsce.

Myślę, że to była kwestia innych nauczycieli, których już nie ma. Wtedy było wiadomo, co i kogo warto, a kogo nie warto czytać. Bardzo ważne było to, że ówcześni patroni młodego pisarza pomagali mu w publikacjach, rekomendowali go. Na przykład jedno zdanie Błońskiego otwierało drogę do publikacji książki. Co więcej, komentowane były te publikacje, pisano częste recenzje, była dyskusja, teraz nie ma tego zupełnie. Teraz wylansować kogoś przy pomocy samej krytyki literackiej jest bardzo trudno, o wiele łatwiej przez telewizję czy tabloidy. Dlatego młodzi twórcy włączają do swej autopromocji elementy pozaliterackie: homoseksualizm, rozmaite inne ekscesy. Złowieszczą zapowiedzią tego, co nadchodzi, był dla mnie przed laty jakiś program Niny Terentiew, w której Jerzy Pilch, prozaik, fikał w jakimś tercecie z innymi panami, w białym szaliku i cylindrze. Uniwersytety polskie są bardzo słabe. Same sobie odbierają znaczenie, przez tę ohydną, typowo polską sieć personalnych uzależnień, nepotyzmu, ochrony zaprzyjaźnionych miernot. W Ameryce istnieje sieć uniwersytetów i wydawnictw uniwersyteckich, gdzie odbywają się zjazdy, spotkania, są wydawane biuletyny, tam istnieje drugi, niezależny od mediów obieg wysokiej kultury. Tam oficyny uniwersyteckie potrafią nadać ton literackiej debacie, u nas tego w ogóle nie ma. Myślę jednak, że Allen wróci, to są fale przypływów i odpływów, ale on kiedyś wróci. Dużo zależy od tego, co Ameryka zrobi sama ze sobą, bo mam  wrażenie, że Ameryka zapomina o nim, tak jak zapomina o sobie, o swym posłannictwie w świecie. Ameryka nie tylko ulega, ale wręcz promuje tę właśnie homogenizację kultury, która jest wyrokiem dla jej wspaniałej różnorodności. Spójrzmy – Allen Ginsberg, żyd z dziada pradziada, piszący w jidysz buddysta, a zarazem – Europejczyk pełnej krwi, z europejskich rodziców – staje się bardem amerykańskości, jednym z najważniejszych poetów Ameryki XX wieki. Czy nie tak wyglądała w minionych epokach Rzeczpospolita Obojga Naródow? A nawet jeszcze – Druga Rzeczpospolita, z Leśmianem, Tuwimem? Czekamy – aż to Ameryka nam rozkaże czytać znów swego wielkiego poetę. I to się może stanie  m.in. dzięki takim ludziom, jak Gordon Ball. Choć z drugiej strony – nie narzekajmy. Allen Ginsberg jest w Ameryce w obiegu, pozycję ma zagwarantowaną i w kulturze wysokiej, i w kulturze popularnej. To była przecież ikona, nazwisko numer jeden. Teraz, kiedy „czasowo” spadł z pierwszego miejsca to nam się wydaje, że on zniknął, że go nie ma. Na szczęście jest profesor Gordon Ball, są sympozja, grupy badawcze i to się rozwija. Jest powoli, ale konkretnie i skutecznie - tak, jak powinno być.

Jeszcze jedno pytanie – jakim człowiekiem był Allen Ginsberg? Jak go Pan wspomina?

O tym można by długo mówić. Allen wszystkim się interesował. Jak już się w coś angażował, to robił to całym sobą. Pamiętam sytuację, gdy szliśmy do bydgoskiej Bazyliki, która ma wielką kopułę, chyba drugą co do wielkości w Polsce, i  chciałem mu ją pokazać. A tu, na Gdańskiej, w tłumie przechodniów spotykam zaprzyjaźnionego księdza. Bardzo go lubiłem, dopóki nie wyjechał później do Wiednia, to prowadził jakieś spotkania ekumeniczne, otwarty, młody ksiądz. Więc przedstawiłem Allena temu księdzu, i powiedziałem, że to jest wielki poeta ze Stanów Zjednoczonych. Szliśmy sobie ulicą, i ksiądz, który niestety nie mówił po angielsku, więc musiałem tłumaczyć, zaczął opowiadać o spotkaniach oazowych, na które też zaproszono buddystów. Allen, który początkowo był myślami nieobecny, momentalnie skupił na naszej rozmowie, zaczął uczestniczyć nie jakoś zdawkowo-grzecznościowo, ale autentyczne. Poprosił, żebym zapytał księdza, co może być wspólnego między katolickimi spotkaniami oazowymi a kontemplacją buddyjską. Ksiądz był bardzo zaskoczony. Padło następne pytanie: czym dla katolików jest wejście w nirwanę? Czy istnieje podobny stan? Kontemplacja bóstwa? Upoważniony przez księdza mówię, że owszem, jest to kontemplowanie obecności Chrystusa-Boga, ale Boga-Człowieka, Boga osobowego i nie może mieć nic wspólnego z nirwaną. I tak rozmowa towarzyska stała się dociekaniem fundamentalnych zagadnień religijnych. Allen próbował zrozumieć nasz punkt widzenia, nie krytykował, ale próbował w to wejść. Był przecież buddystą, a do tego żydem, ale w buddyzm angażował się bardzo głęboko, zresztą zdjęcie swojego nauczyciela na każdym koncercie stawiał na stoliczki naprzeciw siebie. Wprawdzie nie było żadnego problemu w porozumieniu między nami, ale ksiądz był speszony, bo nie mógł dogonić naszych myśli. To było dla mnie znamienne – powaga życia, coś, co Grecy nazywali powagą istnienia i co tak wyraźnie poczułem wtedy w Allenie. On szukał. Całym sobą.
Pamiętam też sytuację, gdy pod hotel Allena władze Bydgoszczy przysłały powóz. On mieszkał „Pod Orłem”, w reprezentacyjnym hotelu dawnej bydgoskiej burżuazji, z zachowanym całym grandeur wystroju. Bardzo mu się tu podobało, rozumiał, że ten hotel to nie jest żadne nadymanie się, ale cudem ocalała pamiątka z przedwojennej Polski.  No i ten powóz przysłano. Ja nic o tym nie wiedziałem. Wychodzimy z hotelu, a tu czerwony dywan na chodniku, lakierowane lando i woźnica w pelerynie, cylindrze i z batem z czerwonym chwostem w garści. Mam zdjęcie strzelone dokładnie w tej chwili, gdy Allen całą tę wystawę zobaczył i wściekły wrzasnął do mnie, że „to nie jest prawdziwe, to jest telewizja” i że on w takie coś nie wsiądzie. Próbowałem tłumaczyć, że to tylko nieporadność gospodarzy, albo zabawa, a on na to – It’s very serious i nie chciał wejść do tego powozu. Powiedział, że „to jest ich własna gra, a ja nie będę brał w tym udziału”. Mówię – zrób to dla mnie, i jakoś go w końcu namówiłem, ale cały czas powtarzał, że to nie jest rzeczywistość prawdziwa, a telewizyjna.  W końcu ten przejazd starym landem po Bydgoszczy okazał się fajny. Ale skromność Allena nie pozwalała mu przystać na takie sytuacje, on nerwowo reagował na nie. Zresztą to był bardzo ciepły i sympatyczny człowiek – takie jest moje odczucie, a znałem go dość dobrze. I wciąż myślę, czy wybaczy mi, gdy – wierzę w to – znów się spotkamy, choć jego prochy dawno rozgonił wiatr nad Hudson River – że przed jego śmiercią nie udało mi się (choć potem w listach tylko raz i jakby nieśmiało mnie o to zapytał) nakłonić popisujących się dywanami polskich organizatorów jego występu w Bydgoszczy, aby wywiązali się z ustnych ustaleń i Allenowi za jego podróż, za trud i za ogrom serca, jakie włożył w dwie godziny deklamacji i śpiewu dla tysiąca zgromadzonej w bydgoskiej Filharmonii młodzieży – choćby zwrócili mu za bilet.