Allen Ginsberg

Allen Ginsberg

środa, 12 sierpnia 2015

Rozmowa z Piotrem Sommerem (część 6 - ostatnia)

Na jakiej zasadzie można mówić o Ginsbergu jako o poecie konfesyjnym w zestawieniu go z Robertem Lowellem, Johnem Berrymanem, Sylwią Plath czy Anne Sexton?

Jest taka książka Rosenthala o poetach amerykańskich po drugiej wonie światowej, w której on obok siebie umieszcza Lowella, Berrymana, Sexton i Ginsberga właśnie. Ja to przyjąłem do wiadomości. Potem, gdy już zrozumiałem, że formacyjna przynależność Ginsberga to beatnicy, bo gdzie mu tam do poetów konfesyjnych, starszych panów, którzy byli, jak Lowell albo Berryman, profesorami, to wydawało mi się, że to jest pomyłka. Rosenthala może tłumaczyć tylko to, że on napisał tę książkę wcześniej, na początku lat sześćdziesiątych. Potem, jak czytałem Ginsberga przede wszystkim, ale i poetów konfesyjnych, wydawało mi się, że zaczynam rozumieć naprawdę przenikliwość tej kwalifikacji. Wydaje mi się to przenikliwe w tym sensie, że – czuję to intuicyjnie – owszem, technicznie ten wiersz jest inny, jest bardziej rozchełstany, nieuporządkowany w sobie, ale zasadnicza część tych najmocniejszych wierszy autobiograficznych to jest dokładnie to samo, co u poetów konfesyjnych: szaleństwa, alkoholizm, narkotyki, nieszczęście, samobójstwo. Ta dawka autobiografizmu w tych wierszach jest bardzo daleko posunięta, jak u Lowella czy Berrymana. I w przeciwieństwie do O’Hary, który, owszem, ma grupę takich wierszy, ale różnica polega nie tylko na tym, że przynależy on do nowojorczyków, bo każdy gdzieś przynależy, ale te kwalifikacje są umowne i to można przekraczać. Można by pewnie jakąś grupę wierszy O’Hary włączyć w ten nurt konfesyjny, ale informacja u niego, wspomnienia, autobiografia są zupełnie inne, są z poczuciem humoru. To są wątki, których u Ginsberga nie ma, w tym sensie on mi się wydaje bardziej konserwatywny intonacyjnie. I taką właśnie kolejność dałem w tej ostatniej książce: Reznikoff, Cummings, Berryman, Lowell i Ginsberg. Druga część zaczyna się od Cage’a, który, moim zdaniem, zaczyna bardziej estetycznie ruchliwą, interesującą, awangardyzującą formację. Ginsberg, moim zadaniem, mimo że był rówieśnikiem z nowojorczykami w tym sensie do nich nie należy. Cage natomiast jest łącznikiem pokoleniowym, podobnie jak w malarstwie de Kooning był łącznikiem między starym europejskim a nowym amerykańskim. I wszyscy byli zawsze pełni admiracji dla Cage’a jako swojego patrona.

W swojej najnowszej antologii znalazły się też inne wiersze Ginsberga, które nie ukazały się w Pana wcześniejszej książce.

Tak. Ja wszystkich tam jakoś poszerzyłem, poprawiłem niektóre wiersze. Z całej siódemki każdego w jakiś sposób poszerzyłem i dodałem trzech: Johna Cage’a, Kennetha Kocha i Augusta Klaienzahlera. U Ginsberga dodałem wiersz Pozdrowienia dla Fernanda Pessoi. Myślę, że u Ginsberga niedocenione jest poczucie humoru, przynajmniej w pewnym momencie. Ten wiersz jest tak pełny autodystansu, co u Ginsberga jest zupełnie niesłychane. Wydawało mi się, że jest to bardzo udany wiersz.

W 1983 roku ukazała się Antologia nowej poezji brytyjskiej, w której znalazły się wiersze tłumaczone przez Pana, Bohdana Zadurę i Jarosława Andersa. Są tam wiersze Briana Pattena, który reprezentuje tzw. grupę liverpoolską. Czy liverpoolczyków w jakiś sposób można powiązać z beatnikami, a jeżeli można to na jakiej zasadzie?


Nigdy o tym nie myślałem, choć pana pytanie uświadamia mi oczywistość, potrzebę pomyślenia przez moment o tym, naturalność tego zestawienia, więc jeśli tak to odczuwam jako zestawienie naturalne, to musi to być trafne. Na jakiej zasadzie mogłoby być to trafne, przy wszystkich różnicach, bo popaść można tu w taką globalną symetrię, uznać, że to, co jest u liverpoolczyków było też u beatników. To nieprawda oczywiście. Formacyjnie liverpoolczycy są młodsi od beatników, więc już mamy różne doświadczenia polityczne, historyczne, geograficzne. Na pierwszy rzut oka wszystko jest inaczej, nawet język. Ale jest taki punkt, który się wydaje, że mógłby być jakimś zwornikiem – to jest Liverpool i Beatlesi, i ten moment przełomowy w historii pop-kultury. Drugą rzeczą jest poczucie kontrkulturowe w obu tych formacjach, przeświadczenie, że robi się rzeczy, które w establishmencie się nie zmieszczą, a co za tym idzie w obu przypadkach jest zdemotyzowanie języka poetyckiego, prostota, demokratyzacja, aspiracja do szerokiego audytorium. Nie chcę już nawet mówić, że ze względu choćby na ten świat popu mamy pewne wspólne cechy bycia czy życia, tej postawy publicznej, występowanie na scenie w rodzinie poetyckiej. Po trzecie – pewna dezynwoltura wobec tradycji, która epatuje swoją zacnością. Można jeszcze mówić o ostentacyjnym braku edukacji, który ma być zaletą, choć niektórzy z nich odebrali solidne wykształcenie. Oni byli raczej antyedukacyjni i antyintelektualni, jeśli dałoby się tak powiedzieć, niż aintelektualni. To były gesty niechęci w stosunku do akademii. Myślę, że na tych, bardzo ogólnych, zasadach, można byłoby powiązać beatników i liverpoolczyków, ale trzeba byłoby się temu bliżej przyjrzeć.