Allen Ginsberg

Allen Ginsberg

wtorek, 4 sierpnia 2015

Rozmowa z Grzegorzem Musiałem (część 4)

I wróćmy teraz do jeszcze do sprawy klęski Ginsberga, do jego języka politycznego. Polityka dziś, na przełomie epok, gdy zmierzamy ku jakiemuś powszechnemu minimalizmowi we wszystkim - to już nie jest język mocarzy, którzy się ścierają o losy świata, tak, jak komunizm się ścierał z wolnym światem. Tam były tuby po obu stronach, jak w tych japońskich armiach, które szły na wroga strasząc go straszliwym dźwiękiem tub. Dzięki temu starciu na straszliwym poziomie – jak stracie bestii – powstawały hymny żałobne i piękne, wiersze bólu, i szloch, i krew, i wszystko, co straszne, wspaniałe i wzniosłe. W dzisiejszej polityce tego nie ma, jest walka o wielki, wspólny śmietnik. I o schowany pod spodem worek z dolarami. Nigdy już coś, co jest odczytywaniem świata językiem polityki, nie będzie wzniosłe, nie będzie wielkie. I to jest to, co w Ginsbergu było słabe i to jest jego artystyczna wina, może dlatego, że tak dużo publikował. Wtedy zawsze coś niepotrzebnego się przemknie. Ważne jest tylko to, co jest poza polityką, te wielkie wiersze o miłości, o matce, o przyjaciołach, to jest wieczne. To jest wielka poezja Ameryki – i Allena.

Czy w jakikolwiek sposób Ginsberg wpłynął na Pana i na Pana pisarstwo?

Tak. Kiedy jeszcze byłem przed debiutem, to przede wszystkim jedną decyzję podjąłem – że będę wszystko publikować pod swoim nazwiskiem. Ta decyzja, odmieniła całe moje życie, bo gdybym pisał pod pseudonimem, to moja dusza – a za nią moje życie -  inaczej by wyglądało, pewnie łatwiejsze by było. Pisałem w pierwszej osobie i pod swoim nazwiskiem, a wówczas na tym się traciło, a nie zyskiwało. Mówiono mi, że nie powinienem o różnych sprawach, na przykład intymnych, pisać, nawet ludzie zaprzyjaźnieni musieli bardzo na to przymykać oczy, zwłaszcza że w stanie wojennym byłem związany z kręgami opozycyjnymi i ściśle współpracowałem z Duszpasterstwem Związków Twórczych. Kiedyś, jeszcze przed stanem wojennym,  byłem na spotkaniu artystów pod Gdańskiem, w Wieżycy, to było spotkanie organizowane przez Nową Prywatność i przyjechał na nie Chojecki, już wtedy legenda samizdatu. No i ja, ledwie jakiś tam szczeniak, debiutant, bezczelnie go zapytałem, dlaczego w podziemiu nie wydaje się Ginsberga ani Geneta, bo oni są szkołą wolności, to wpierw tamtędy, przez prawdę o sobie  idzie do człowieka  wolność, a nie przede wszystkim przez politykę. On mówi na to, że to jest jakieś pedalskie pisanie. Nie ma mowy, żeby ludzi w podziemiu narażać na drukowanie takich rzeczy. To nie były dzisiejsze czasy, teraz jest inaczej, teraz nie ma dyskryminacji ze względu na preferencje seksualne, teraz są spotkania, promocje, nagrody i biura, wtedy to było nie do pomyślenia. A ja się czułem bardzo Ginsbergowski, do tego – jak bitnicy – tworzyliśmy grupę przyjaciół bardzo solidarną, wspomagaliśmy się w tym okropnym okresie. To była – przede wszystkim – moja gdańska Nowa Prywatność, ale też Jurek Jarniewicz, Piotr Sommer, Piotr Bratkowski, Tadeusz Komendant, Antek Pawlak. Potem nasze drogi zaczęły się rozchodzić i mam wrażenie, że zniszczył to rak polityki.

Czy teraz czuje Pan obecność Ginsberga w Polsce, czy w jakikolwiek sposób wpływa ona polskich poetów, pisarzy?

Zupełnie nie.

A z czego to może wynikać?


Nie wiem. Chyba to jest jakaś niedojrzałość czy wtórność naszego życia literackiego. Nie ma jakiegoś pomysłu na to wszystko. Tworzy się chwilowa moda, na przykład na O’Harę, i wszyscy piszą pod niego. Potem moda mija  i jest przez jakiś czas cisza, do następnej eksplozji. Brak jest mądrych krytyków literackich czy przewodników stada, mądrych i czułych pasterzy, jakich bitnicy mieli w osobach Williama Carlosa Williamsa czy Artauda. Wspomniałem tu wpływający na mnie przez długi czas krąg krakowski, nazwiska Błońskiego, Jana Józefa Szczepańskiego… W latach 1970-80tych jeździłem wciąż do Krakowa czy Zakopanego, spotykałem wspaniałych ludzi, którzy tworzyli wielką kulturę i mieli jakiś pomysł na obecność Polski w panoramie światowej. Nie było w tym cienia kompleksów, był dialog. A teraz to ja widzę chaotyczne redyki owiec bez przewodnika. Jacyś wydawcy się spotykają, dogaduję się z telewizją i robią show, na którym poeci czytają nawzajem swoje wiersze i wychwalają, kolega kolegę, pod niebiosa i wydają siebie nawzajem w pismach niszowych. To jest spustoszenie, również w sferze języka, bo mówi się i pisze coraz gorzej, jakie czyni w kulturze telewizja. Ginsberg wprost histerycznie nienawidził telewizyjnych kamer. To był dla niego rak, gangrena, ohyda, która zresztą nie raz obdarzał epitetami w swoich wierszach. A dzisiaj poeci w Polsce bardzo lubią uśmiechać się do kamer. Gruchają słodko o buncie, z jakimiś cwanymi paniami, które też udają zbuntowane. Potem oni wsiadają na swoje rowery, one do swoich bmw i się do następnego gruchania rozstają. W tak zwanym życiu duchowym narodu – czy ktoś jeszcze używa tego wyrażenia? – powinno się budować jakieś hierarchie, promować jakiś sposób myślenia, tworzyć wykładnie. Jeżeli bitnicy chcieli zaistnieć w Ameryce, to nie tylko przez swoje wiersze, ale również przez pewną wykładnię filozoficzną. Tam były lektury, do których się odwoływali, pisma symbolistów francuskich, to wszystko przez nich szło do Ameryki. Oni potrafili stworzyć modę, wypromować znakomitych poetów. Dlaczego to się w Polsce nie dzieje? Ja się cieszę, że my tak długo rozmawiamy o Ginsbergu, bo może jest to dobry czas, aby przypominać takie osobowości. Kiedy Piotr Sommer rzucił Polsce O’Harę, to stał się  wielki krzyk, całe młode pokolenie pierwszych lat 1990. zaraziło się O’Harą i właściwie niczym więcej. A teraz jest wielka cisza. A poza tym nie ma chyba dobrych ośrodków amerykanistycznych w Polsce. Moim zdaniem poezja amerykańska jest wielką szkołą, szkołą nie tylko języka, ale szkołą postaw życiowych i opowieścią szlachetnych ludzi. Jak się wchodzi w ich biografie, to jakie one są prawdziwe! Jaką cenę wielu z nich płaciło swą postawę! John Berryman, Elisabeth Bishop, James Wright, że tylko wspomnę pierwszych z brzegu.  Jak się zna Amerykę i się widzi ten kraj gigantycznych pokus, naprawdę niewyobrażalnych czasem, ale i kraj prostych i sprawiedliwych ludzi, z których niejeden zachował tę prostotę ducha, o jakiej w Europie można już tylko pomarzyć – to czasem słyszy się nad Ameryką – mimo wielu jej strasznych win – wielki, bijący dzwon. Nie jest to dzwon na trwogę, ale dźwięk amerykańskiego serca, otuchy, którą niesie on światu. Rozmiar tego kraju i tej kultury sprawia, że ten głos tak donośnie brzmi.