Allen Ginsberg

Allen Ginsberg

czwartek, 6 sierpnia 2015

Rozmowa z Piotrem Sommerem (18.01.2007) część1 - wywiad nieautoryzowany

Kiedy i w jakich okolicznościach spotkał Pan Allena Ginsberga?

Ja go poznałem… nie pamiętam kiedy to dokładnie było, ale musiały to być lata osiemdziesiąte, kiedy on był w Warszawie po raz drugi albo trzeci.

Był w Warszawie w 1986 roku.

Tak. To był drugi raz po tym sławnym przyjeździe w latach sześćdziesiątych. A trzeci raz przyjechał, jak moja książka wyszła, w 1993 roku. Więc to by się mniej więcej zgadzało – ja go musiałem poznać w 1986 roku tu, ale to nie była jakaś wielka przygoda – to spotkanie, o którym zaraz Panu powiem.
Ale tak naprawdę z mojego punktu widzenia ta przygoda z Ginsbergiem, jeśli to w ogóle jest właściwe słowo, to nie było dla mnie jakieś ogromne, bardzo ważne doświadczenie poetyckie. Ale pamiętam, jak wpadłem na grupę jego wierszy w latach siedemdziesiątych, w ówczesnych różnych antologiach amerykańskich – to musiała być połowa lat siedemdziesiątych, bo w 1976 roku wydrukowałem taką dużą grupę wierszy amerykańskich we własnym przekładzie w Literaturze na Świecie – i tam po raz pierwszy jeden czy dwa krótkie wiersze dałem. I zawsze lubiłem jego kilka wierszy. Te, które po dziś dzień mam za nadzwyczajne, to jest m. in. Zapis snu. To mi się wydawało nadzwyczajne, takie wspomnienie, złączenie oniriady, snu, przypomnienia Joan Burroughs i jak ta pamięć jego to wdzięcznie i tak poetycko mocno, bo tak rzeczowo właściwie – opowiada. Jednocześnie jest tam jakiś gest aux passaux, nie robi się z tego zabójstwa, w istocie rzeczy – nieumyślnego zabójstwa – żadnej sprawy. On rozmawia ze zmarłą, rozmawiają o żywych i to przenikanie się tych dwóch pól, dwóch światów to wydawało mi się nadzwyczajne zawsze, ta elegia w tym wierszu. I tak samo bardzo lubiłem Kadysz i muszę powiedzieć, że ja chyba wolę Kadysz od Skowytu, chociaż Skowyt ma swoje wielkie walory, lubię też Amerykę po dziś dzień. Z tych jego dużych poematów to lubię chyba wszystkie te trzy. Natomiast bezpośrednio po tym jak czytałem Ginsberga w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych – na pewno nie później to musiało być – to nadziałem się na takiego autora, który nazywa się Charles Reznikoff. I co więcej po jego śmierci, w 1976 roku, w New York Times Book Review, w takim tygodniowym dodatku literackim czy recenzenckim właściwie do New York Timesa, ukazało się wspomnienie o Reznkioffie, który właśnie był zamarł, jego znajomego i przyjaciela, i badacza, Miltona Hindusa. I ten Milton Hindus napisał krótki tekst o nim i przedrukował na ostatniej stronie tego dodatku jego krótki poemacik pod tytułem Kadysz. To się ukazało w latach czterdziestych, jeśli się nie mylę, a było napisane około roku 1938 czy 1939, może 1940, kiedy zmarła jego matka. To było dla mnie jedno z najważniejszych doświadczeń poetyckich. To był króciutki wiersz, którego ja nie wydrukowałem w najnowszej antologii poezji amerykańskiej O krok od nich, bo ciągle mam problem z jednym zdaniem –  dosłownie. Ja to drukowałem kiedyś w Literaturze na Świecie, ale odkryłem pewien kłopot przekładowy w moim przekładzie, który – moim zdaniem – jest niezły. Wydaje mi się, że ja uchwyciłem jego melodię, ale ten punkt jakoś doskwiera mi po dziś dzień, więc czekam na chwilę, kiedy poprawię to. Ale jak odkryłem Kadysz Reznikoffa to uprzytomniłem sobie, że Ginsberg miał wzorzec, o którym nie wiedziałem i do którego on nigdy się specjalnie nie przyznawał. I jak Ginsberg przyjechał to go o to spytałem czy jak pisał swój Kadysz to znał Kadysz Reznikoffa. On zresztą Reznikoffa lubi, to jest jego część tradycji, bo Reznikoff to był poeta amerykański, ale etnicznie żydowski. Urodził się w Nowym Jorku, ale świeżo po tym, jak jego rodzice przyjechali z Ukrainy z końcem XIX stulecia. Więc jest to jakby naturalny składnik tradycji Ginsberga.
Reznikoff był poetą całe swoje życie niedocenionym, niezauważonym, kompletnie prześlepionym. Jak ja pojechałem do Stanów po raz pierwszy w 1983 roku – dostałem bardzo zacne wtedy stypendium Departamentu Stanu, to trzeba było ukrywać przed biurem paszportowym, to był zresztą ostatni raz kiedy dostałem paszport przed taką długą kwarantanną – to ja jeździłem z campusu na campus, bo na tym to stypendium polegało i stykałem się z różnymi uczestnikami wydziałów języka angielskiego. I jak ja mówiłem nazwisko Reznikoff to nikt nic o nim nie wiedział. Jest 1983 rok, Reznikoff nie żyje od lat siedmiu, a nikt o nim nie wie.

I wracając do Ginsberga. Kiedy przyjechał w 1986 roku to ja go spytałem o tę inspirację Kadyszem Reznikoffa, bo ja nigdzie nie zauważyłem żadnego komentarza, że to dla niego była inspiracja. A to, że tak mogło być wziąłem z takiej książki o Reznikoffie Man and Poet. I zobaczyłem w tym tomie kilka zdjęć z lat sześćdziesiątych, bardzo pięknych, na których siedzi Ginsberg, siedzi Reznikoff i jeszcze paru innych ludzi i uczestniczą chyba w jakimś panelu. I pomyślałem sobie, że jednak była jakaś komitywa, choć Reznikoff uchodził za poetę kompletnie nieobecnego, ale miał zawsze grupkę bardzo zdeklarowanych miłośników. Reznikoff był takim starym życzliwcem, do którego pewna grupa poetów miała sporo szacunku, niezależnie od tego, że był on kompletnie pogardzany przez establishment. Zresztą ten okres, kiedy oni się spotykali z Reznikoffem był skromny czasowo, to było wtedy, kiedy on tylko raz w życiu wydobył się z Nowego Jorku, to był poeta par excelance nowojorski. On raz pojechał do Kalifornii, do Hollywood, z nadzieją, że jako scenarzysta, utłucze jakiś grosz, co w ogóle mu się nie powiodło. I to było może jakieś półtora roku, kiedy nie było w ogóle w Nowym Jorku. Więc ja tym łakomiej zadałem Ginsbergowi pytanie o ewentualną inspirację Kadyszem Reznikoffa i on zaprzeczył temu. Dlaczego miałem mu kłam zarzucać, jakkolwiek wydaje mi się, że jest to dość mało prawdopodobne. Choć Reznikoff był kompletnie nieznany, do tego stopnia był nieznany, że większość swoich książek, nawet do 70-ych lat swojego życia wydawał własnym sumptem. On miał taką ręczną prasę w domu i tłukł 300, 400 egzemplarzy swoich książek, pięknie wydanych, ręcznie zszywanych. Ale osobą, która była znaną w środowisku pisarzy, intelektualistów amerykańsko-żydowskich była jego żona, Mary Sirkin-Reznikoff(?), dla której on był drugim mężem, jeśli się nie mylę. To była bardzo znana pani profesor historii Uniwersytetu Brandise’a. Napisała dwie lub trzy ważne książki historyczne związane z drugą wojną światową. I, co więcej, ona była w takim konserwatywnym piśmie amerykańsko-żydowskim, które się nazywało Commantery. A Charles to był taki dodatek do wdowy. Ale, tak jak rozumuję – być może są to domysły zupełnie fantazmatyczne – środowisko pisarzy, poetów, intelektualistów amerykańskich z nacechowaniem żydowskim znało się. Ojciec Ginsberga był nauczycielem i sam pisał wiersze, wydał dwie czy trzy książki i była to ta sama generacja, generacja Reznikoffa, albo o parę lat starsza. Więc myślę, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że Ginsberg się otarł o ten poemat w swoim czasie. Kadysz Ginsberga to jest początek lat sześćdziesiątych, jeśli się nie mylę.