Allen Ginsberg

Allen Ginsberg

piątek, 31 lipca 2015

Rozmowa z Grzegorzem Musiałem (część 2) - ważny i ciekawy fragment o Miłoszu i jego wierszu poświęconym Ginsbergowi

Jak to było z wydaniem „Skowytu”?

Ja „Skowyt” zrobiłem dość szybko i on ukazał się w Bydgoszczy w 1984 roku, nie wiem nawet jakim cudem, chyba dlatego, że mam tu kolegów i przyjaciół. Krzysio Soliński był dyrektorem artystycznym wydawnictwa „Pomorze” i tam się ukazał „Skowyt”. Więc zaraz potem zacząłem pracować nad „Kadyszem”. I okazało się, że „Kadysz” jest dla mnie dużo większym przeżyciem. Może dlatego, że jako tren żałobny to utwór  bardziej nasączony pierwiastkiem mistycznym i religijnym, nie młodzieńczy „Skowyt”.  Minęło już w moim życiu trochę lat od tamtych czasów posthippisowskiej kontestacji, do której „Skowyt” tak bardzo pasował. W Polsce wciąż trwała ponura noc stanu wojennego i powojennego, do której z kolei bardzo dobrze wpisywał się „Kadysz”. Wtedy, dzięki wymianie korespondencji,  miałem bliższy kontakt z Allenem. W „Kadyszu” są fragmenty pisane w jidysz, więc miałem problemy, bo w Bydgoszczy nie było nikogo, kto by znał ten język i nie było z kim się konsultować. Wpierw się udałem do Pawła Śpiewaka i on mi udostępnił kontakt ze swym teściem, Szymonem Detnerem. Potem już miałem kontakt z Ginsbergiem bardzo żywy, zwłaszcza po naszym spotkaniu w Warszawie i udanym wspólnym występie, że się tak wyrażę, w Starej Prochowni. Stale pisywaliśmy do siebie. On mnie namawiał, abym zainteresował się również innymi poetami amerykańskimi. To była taka jego przepiękna cecha – lojalna przyjaźń. Miłość do przyjaciół. Stale dopytywał, czemu jeszcze nie zacząłem tłumaczyć Gwendolyn Brooks. Przysyłał mi foldery z jej wieczorów autorskich w Chicago i Nowym Jorku. Krytykował, że osią moich zainteresowań wciąż nie dość jest Kerouac. Od Kerouaca wszystko się zaczęło, wielokrotnie przekonywał, to Kerouac jest w Beat Generation najważniejszy.  Tu też – zamiast przechwalać się, nadymać, wynosić swoją rolę pod niebiosa – co nagminnie czynią polscy poeci – on ukrywał się na drugim, trzecim planie. Mówił, że byli lepsi poeci od niego, ale on miał nad nimi tę wyższość, że przeżył. A tamci – umarli, w tej samobójczo-narkotykowej hekatombie jego pokolenia . I w którymś liście pyta mnie, czy się do Stanów nie wybieram. Co za myśl! Tylko jak to zrobić? Przecież  był 1986 rok. A tamtych warunkach, łatwiej było wyobrazić sobie podróż na Marsa, niż do Nowego Jorku. Od czasu uwięzienia w 1982 roku miałem zresztą zablokowany paszport. Dopomogła mi grupa przyjaciół. Joanna Wiórkiewicz-Mieszko wygrzebała skądś adres Paula Engle’a, założyciela i dyrektora sławnego International Writing Program w Iowa City, do którego napisałem, że przekładam poezję Ginsberga i czy jest możliwość zorganizowania mi pobytu stypendialnego w USA. On odpisał, że oczywiście tak, że goście z Polski są zawsze mile widziani. Ja wysłałem mu całe moje dossier, a on odpisał, że ok, i żeby wszystko przez ambasadę amerykańską załatwiać. Pytał o rekomendacje, a że od Ryszarda Kapuścińskiego i Artura Międzyrzeckiego miałem nienajgorsze, no i do tego bo siedziałem w więzieniu za wolność i demokrację, więc problemów żadnych nie napotkałem. Tymczasem komuna zaczynała się mocno sypać. Był już rok 1987, i co więcej paszport mi odblokowano – bo tytułem próby wystąpiłem o krótki wyjazd do Berlina Zachodniego, i o dziwo, dostałem zgodę. I tak oto po raz pierwszy wyjechałem do Stanów.

Który to był rok?

To był sierpień 1988 roku. Wtedy „Kadysz” już był przetłumaczony, ale leżał w wydawnictwie przez kilka następnych lat. Gdy w następnym roku wróciłem ze Stanów do Polski, to pierwsze co zrobiłem, to walka o wydanie nareszcie tej książki. Nie wiem, czy to było niechlujstwo, czy zła wola „Pomorza”, ale wyglądało to tak, jakby robiono wszystko, żeby „Kadysz” się nie ukazał. A to twierdzono, że maszynopis przepadł – a ponieważ miałem już przywieziony ze Stanów przenośny komputer, więc – gdy zrobiłem dla nich kopie na dyskietkach – to po paru miesiącach dla odmiany okazywało się, że „po dyskietkach ktoś magnesem przejechał”. Tak twierdził ówczesny potkomunistyczny naczelny wydawnictwa, ale nie patrząc mi w oczy, więc na pewno zmyślał.  

Mówiłem o triumfie, a teraz chciałbym coś powiedzieć o klęsce. Ilekroć jego język jest czysto polityczny, to jest to klęska – i z winy samego Ginsberga. On miał troszeczkę skłonność do politycznej szarży, a zarazem ponosił go temperament poetycki. I ta zgubna – moim zdaniem – definicja, którą przyjął jako swoją wizytówkę na resztę życia, że „first thought - best thought”, że „pierwsza myśl jest najlepsza”. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam, bo tak w sztuce nie jest. Sztuka ze swej definicji jest „sztuczna” – a więc nie jest spontaniczna, a spekulatywna. Pochodzi z namysłu i z dokonywania mozolnego wyboru między właściwymi a właściwszymi słowami. No i dochodzi jeszcze kwestia muzyki – elementu w poezji równie ważnego, jak słowo. Gdy  zachodzi ta słynna sytuacja kawiarniana, że zapisujemy coś na serwetce – jakieś słowo, zbitkę słów, zdanie – to jest  to zapłon, błysk, olśnienie, i wokół tego narasta cały wiersz, powoli, powoli, jak słoje drzewa.  A oni czasem godzinami trzaskali tymi swoimi jęzorami, pisali tasiemcowe poematy i często dziś nie da się ich czytać. A na przeciwnej szali leżą wiersze mocne, potężnie związane wewnętrznym kośćcem, np. o śmierci Neala Cassady’ego, wspaniały poemacik „Zapis snu” poświęcony samobójczej śmierci Joan Burroughs  czy „Do Vachela Lindsaya”. To jest wielka poezja, tu dźwięczy dzwon.
Zaraz powstaje pytanie o ich tryb życia. Oni byli modni w Ameryce, byli kochani i wierzyli w to, że każde ich słowo jest bezcenne. W tych bitnikowskich kafejkach w San Francisco sprzedawali zapakowane z puzderka swoje włosy łonowe. Tak nimi miotało coś, co by nazwał „szałem życia” – co oznacza wielką mnogość wszystkiego, także śmiecia, bzdury, niepotrzebnych zdarzeń. Ameryka to właśnie w sobie ma, że tam w przestrzeni krąży mnóstwo wszystkiego, o wiele więcej niż gdzie indziej na ziemi – również więcej śmiecia. Trzeba bardzo uważać, bo to jest kraj bardzo wymieszanego sacrum i profanum, szczególnie kiedy się w to media włączą. My teraz powoli też mamy to w Polsce, i widać, jakie kłamstwo towarzyszy tym medialnym zabiegom. Bitnicy grali z mediami w niebezpieczną grę - z jednej strony, i Allen to przyznawał, pełnymi garściami korzystali z tego, co dziś nazywamy popkulturą. Chodzi o masowego odbiorcę, o te mityngi z udziałem gwiazd, bo przecież ich występy firmowali ludzie z pierwszych stron gazet: wielki poeta William Carlos Williams, niesłychanie wpływowy autor s-f Arthur C. Clarke, psycholog, apostoł „ery LDS” Timothy Leary, guru bitników i krytyk literacki Kenneth Rexroth, za granica dobrą prasę mieli we Francji, gdzie promował ich m.in. Antoine Artaud. To wtedy wystarczyło, żeby się stać megagwiazdą. Ale takie medialne popisy, nawet gdy z początku wydają się wspaniale i wielkie, to potem dopiero widać, ile w tym wszystkim było pustych słów, słów i słomy. Oni to widzieli, bo byli inteligentni, oczytani, znakomicie przygotowani do swej roli oraczy - najważniejszego po II wojnie światowej pokolenia w amerykańskiej poezji.  I tę dwoistość u Ginsberga troszkę było widać – i w życiu, gdzie angażował się wciąż a to w jedne, a to w inne religie czy ideologie, ale niestety też w literaturze. Niektóre z jego wierszy pisanych po narkotykach, leżą już po prostu poza granicą percepcji. Może nie powinno się ich czytać, ale tańczyć? Śpiewać? Przyjaźń z Allenem to był przecież taniec. Ja bym nigdy nie wyjechał z  Nowego Jorku, ze  Stanów, gdyby nie ciężka choroba i śmierć mojej matki. Rekomendacja Ginsberga otwierała w Ameryce wszystkie drzwi. Ale ja też byłem, jak on, rozdwojony. Zdawałem sobie sprawę, że są dwa oblicza Stanów, drugie oblicze to jest oblicze tandety. Więc to, na czym on się poślizgnął – poniekąd było także moim problemem. Jeśli artysta chce wejść w tę najwyższą wielkość, musi być zupełnie samotny. Nie wolno mieć przyjaciół, rodziny… Apollo żąda, aby wszystko spłonęło na ołtarzu sztuki. Myślę, że on był bardzo żydowski w tym swoim gorącym stosunku do przyjaciół, pewnie i do rodziny, co widać w „Kadyszu”. I ta „gorącość” – również w sferze polityki, bo każdy mógł go zdobyć dla swej sprawy, w imię wolności, sprawiedliwości, swobód obywatelskich czy twórczych – podważała jego podstawy, by tak rzec, „apollińskie”. Wiedział o tym i kiedyś  powiedział mi, jak zazdrości Miłoszowi jego „nadludzkiego”, tak wyraził się, dystansu i chłodu. W moim przypadku – toutes proportions gardées – na przeszkodzie w drodze na ten apolliński, czy wręcz lucyferyczny Parnas, stało moje odczuwanie katolickie. Po prostu nie umiałbym dalej żyć, nie mówiąc o pisaniu wierszy, gdybym nie przepłynął Wielkiej Wody – choćby tylko po to, aby bezradnie tkwić przy latach umierania powoli odchodzącej matki. Ciekawe, że nigdy, ani przez sekundę, nasze dwie „gorącości”– jego żydowska, i moja katolicka – nie iskrzyły, nie było mowy o konflikcie między nami. Na pewnym poziomie cierpienia – i używam tego słowa świadomie – pewne rodzaje samotności zawsze się spotkają. Warto walczyć o tę Ginsbergowską poezję, gdzie, jak w „Kadyszu” ujawnia się nuta cierpienia, bo jest to – tu nie zgadzam się z Piotrem Sommerem – poezja wielka.
Gdyby ktoś chciał dobrze wydać Ginsberga, to nie wiem, czy trzeba byłoby to robić chronologicznie, to chyba nie jest dobry klucz. To, co pomoże go zrozumieć, byłoby wydaniem według ścisłych kanonów estetycznych. Pogrupować jego wiersze narkotyczne – bo tam jest najwięcej gadulstwa, wodolejstwa, ci kochani bitnicy naprawdę czasem nie wiedzieli, co mówią. Ja kiedyś zrobiłem taki eksperyment - po prostu nawalony, jak oni,  pisałem. Wydawało mi się wtedy, że jestem geniuszem, a rano czytam to – i widzę małpi rozum (śmiech). I nie można iść chronologią, trzeba iść kluczem estetycznym, bo można wpaść w generacyjność, w politykę i nic nowego nie da się powiedzieć. Zaproponowałem tu nieścisłą bardzo kategorię „wierszy cierpienia”, jako biegun przeciwległy. Jest taki typ poezji w tradycji Europy – wiersze patetyczne, od greckiego słowa „ból”, czyli pathos. Oczywiście, słowo „patetyczne” nie ma tu nic do roboty. Chodzi mi o te wiersze, które – na przykład – jakże wyraźnie zatrącają o ton starożytnego żydowskiego lamentu. W wielu utworach widać też trop, który bardzo mocno inspirował Ginsberga i był zaczynem dla wielu jego najlepszych wierszy – mam na myśli wielką poezję Europy. Oczywiście, natychmiast w tym momencie nasuwają się metafizycy angielscy - William Blake, Hopkins – ale w XX wieku też miał swoich ulubionych, pardon le mot, bo trudno tu o ulubieńców w tradycyjnym sensie -  poetów, zwłaszcza francuskich modernistów. Na pewno przywołam tu, wzorem innych, Artauda, Céline’a, Apollinaire’a…  Ale może będę bardziej oryginalny, gdy jeszcze raz wymienię nazwisko Miłosza – polskiego poety, który centralną postacią jednego ze swych rzeczywiście dobrych wierszy uczynił Allena (choć – i tu moje wielkie zaskoczenie, gdy pierwszy raz to czytałem - wyraźnie wzorowanym na bitnikowskiej prozodii; zapożyczenie, które polskiemu mistrzowi zdarzyło się tak, jak często zdarza się każdemu poecie). Byłem świadkiem zaskoczenia Ginsberga, gdy nagle dowiedział się ode mnie, że taki wiersz Miłosza istnieje – „Do Allena  Ginsberga”. Ciekawe, że nikt mu go wcześniej nie podsunął. Było to w Łodzi, gdy zrobiliśmy z Allenem mały objazd sceniczny Bydgoszcz – Łódź, przy okazji jego kolejnej wizyty w Polsce w latach 1990tych. I w Łodzi, przed wejściem na scenę, gdy za kulisami Teatru Studyjnego mieliśmy te swoje trzy kwadranse dla ustalenia, co i w jakiej kolejności czytamy – ja wpadam na pomysł, aby rozpocząć wieczór wierszem, który przeczytałem dosłownie parę godzin temu. Wskazuję mu ten tomik  i on bierze do rąk jedną ze sterty przygotowanych do występu książek. Przegląda  ją, a był to świeżo wydany przez  krakowskie Wydawnictwo M zbiór wierszy Ginsberga „Znajomi z tego świata”. To było wydawnictwo katolickie, które – jak się już po wyjeździe Allena okazało - nieopatrznie zawarło umowę z szacowną, jak im się zdawało, serią wydawniczą „Biblioteka NaGłosu”, redagowaną przez znanego w Krakowie poetę, Bronka Maja. No i wybucha straszny skandal  – że to ostentacyjny pedał jakiś, do tego lewak czy co, a w ogóle Żyd i wróg polskości. Ale jeszcze o tym mowy nie było. Allen prosi, żebym mu przetłumaczył a vista, co w tym wierszu jest o nim. Więc czytam, a on ma prawie łzy w oczach, zwłaszcza gdy Miłosz przyznaje się do swej klęski – do której rzadko się przyznawał – i że „jak stara opona leży przy drodze” czy coś takiego. Bardzo to jest przejmujące wyznanie starego poety „salonowego” wobec kogoś, kogo odczytywał jako symbol młodzieńczego, amerykańskiego buntu. I ten siwawy Ginsberg prawie mi tu płacze. Zapytał, czy mam adres Miłosza. Mam. A jakąś widokówkę? Coś się w teczce znalazło, już nie pamiętam, czy z widokiem Łodzi czy Londynu.  Napisał parę słów - że właśnie jest w Łodzi, czeka na występ i właśnie przeczytał wiersz „Do Allena Ginsberga”. Że mu dziękuje i go pozdrawia. Potem – jak to on, zawsze pamiętający o przyjaciołach - kazał mi dopisać parę słów od siebie. Napisałem coś w guście: „pozdrawiam, nisko kłaniam się”, potem wyciągnąłem notes i przepisałem adres Miłosza. Ginsberg wziął ją do ręki i sprawdził litera po literze. „Pomyłka” powiedział, w „area code” (czyli w kodzie pocztowym) brakuje jednej cyfry. To niemożliwe, żeby amerykański kod stanu miał sześć cyfr. Jest tylko pięć. Sprawdziłem, rzeczywiście. Jedna z cyfr była zdublowana. Gdy to poprawiałem, Ginsberg przyglądał mi się z przyganą.

Kiedy po paru latach zdarzyło mi się raz i drugi spotkać w Polsce Miłosza, nigdy nie wspomniał o tej korespondencji.